epp5_zps3f8w24ka

Arthur Schopenhauer “Wszystko, co doskonałe, dojrzewa powoli.”

Hannibal “Albo odnajdziemy drogę, albo ją zbudujemy.”

Nie potrzebujemy wojny domowej

Redaktor admin on 22 Marzec, 2013 dostępny w Wywiady. Możesz śledzić odpowiedzi do tego wpisu poprzez RSS 2.0. Nie ma możliwości pozostawienia komentarza.

Głos Koszaliński

Rozmowa z posłem PO Adamem Szejnfeldem.

Warto się spieszyć do strefy euro?

Warto się spieszyć przede wszystkim do spełnienia kryteriów z Maastricht. Trzeba bowiem pamiętać, iż nie tylko wejście do strefy, ale już samo spełnianie kryteriów konwergencji nam się opłaca.

Dlaczego?

Spełnienie wymogów będzie bardzo korzystne dla naszego kraju, zwłaszcza gospodarki oraz społeczeństwa. Kryteria te nakazują bowiem między innymi, zmniejszenie inflacji, deficytu budżetowego oraz długu sektora publicznego. Wprowadzają więc większe bezpieczeństwo finansowe państwa. Obniżenie natomiast np. stóp procentowych zmniejsza koszty dla obywateli oraz prowadzenia działalności gospodarczej przez przedsiębiorców.

Gdyby jednak rozważać terminy, to kiedy?

Jestem przekonany, że w interesie Polski i Polaków jest to, abyśmy byli w strefie euro. I to z wielu powodów przede wszystkim ekonomicznych i gospodarczych, ale także politycznych. Jeżeli Polska chce bowiem już dzisiaj uczestniczyć w europejskim procesie decyzyjnym, a w przyszłości być współdecydentem i silnym partnerem decydującym o przyszłości Unii, ba całej Europy, to musimy być członkiem tego ekskluzywnego klubu. Dla obywateli natomiast, w tym przedsiębiorców, uczestnictwo w strefie wspólnej waluty, to m.in. likwidacja ryzyka kursowego, kosztów wymiany i transferu walut, czyli kosztów transakcyjnych, dostęp do olbrzymich zasobów walutowych i zdecydowanie tańszych kredytów. Wszystkie te czynniki są korzystne w zakresie budowania przewag konkurencyjnych naszej gospodarki na globalnym rynku. W powyższym aspekcie daty są wtórym kryterium. Czas decyzji musi być precyzyjnie ustalony dopiero w przyszłości, tak, aby skala korzyści była największa, a skala ryzyka najmniejsza.

I bez referendum?

Referendum było już w 2004 roku. To zamyka temat, każdy bowiem kraj, który aplikował do Unii Europejskiej, poza tymi, które na początku tworzenia Wspólnoty zostały z tego zwolnione, jak np. Wielka Brytania, musiał w deklaracji przystąpienia zgłosić gotowość wstąpienia także i do strefy euro.

Jak postrzega Pan znaczenie Platformy Oburzonych, która kilka dni temu spotkała się w gdańskiej stoczni? Czy przewodniczący Solidarności Piotr Duda jest realnym zagrożeniem dla rządu?

Jest raczej zagrożeniem dla Jarosława Kaczyńskiego. Gdy Piotr Duda wystąpił w ubiegłym roku w Sejmie, po 10 minutach jego wystąpienia napisałem na Facebook’u i Twitterze: oto nowy przywódca Prawa i Sprawiedliwości. Wtedy wielu komentatorów pisało, że to bzdura, że nikt nigdy nie zastąpi Jarosława Kaczyńskiego, dopóki ten będzie żył. Ja oczywiście pisząc te słowa, myślałem szerzej o polskiej prawicy. Jej trzonem obecnie jest PiS, ale tak nie musi być w przyszłości. Dzisiejsza prawica bowiem, dzisiejsze PiS, od lat przegrywa każde wybory. Co więcej, ostatnio udowodniło, że będzie przegrywało również i w przyszłości. Dowodem jest na przykład ostatnie votum nieufności dla rządu. Opozycja niemal w każdym demokratycznym kraju nie jest jednolita, ale gdy przychodzi uderzyć w rząd, to się jednoczy. Jarosław Kaczyński zgłosił votum nieufności i… nikt poza PiS nie poparł tego wniosku. Coś nieprawdopodobnego na świecie. Okazuje się więc, że ta partia nie maiła, nie ma i nie będzie już miała żadnej zdolności koalicyjnej, by wygrać wybory i stworzyć z kimś rząd. W takim kontekście nie wiem, czy w ogóle PiS przetrwa, a przynajmniej pod takim nieudolnym i nieskutecznym przywództwem. Wielu działaczy tej partii ma już dość takiego stanu rzeczy. Dlatego w przeszłości wychodzili z PiS nawet najbardziej zasłużeni dla tej partii politycy między innymi, np. Marek Jurek, Kazimierz Ujazdowski, Ludwig Dorn, Beata Kępa, Paweł Kowal, Paweł Poncyliusz, Michał Kamiński, Jacek Kurski, czy Zbigniew Ziobro. Partia ta z wolna się rozpada, umiera, ale nie ginie jej elektorat. Będzie więc prędzej, czy później potrzebny nowy przywódca, który zjednoczy ludzi i stworzy szansę na realizację politycznych marzeń. Kaczyński nim nie będzie, bo i już nie jest. Dlaczego więc nie Piotr Duda? Mam więc wrażenie, że Platforma Oburzonych, to nie inicjatywa na rzecz realizacji postulatów obywatelskich, ale kolejna inicjatywa polityczna i to wcale nie oparta na nowym pomyśle. To taki odgrzany kotlet w postaci „AWS bis”. Wtedy budował taką koalicję oburzonych Marian Krzaklewski teraz jego następca Piotr Duda. Tyle tajemnicy i tyle zagadki.

Ale niezadowolenie społeczne rośnie, Piotr Duda namawia ludzi, by wyszli na ulicę. Nie robi to na Panu wrażenia?

Robi wrażenie, ale negatywne. Bo pomijając, że tym przedsięwzięciem mydli się oczy ludziom, manipuluje opinią publiczną sugerując, że nie chodzi o politykę i władzę, to jeszcze chce się, w tym trudnym dla Polski okresie, zdestabilizować sytuację w naszym kraju. Mam nadzieję, że nie w imię hasła „im gorzej, tym lepiej”.

Z innej beczki. Czy Pana zdaniem Grzegorz Schetyna powinien wrócić do rządu? Jeżeli tak, to w jakiej roli?

Premier Tusk autorsko kreuje rząd. Tak było w poprzedniej i jest w obecnej kadencji. Dlatego to on przede wszystkim odpowiada za jego skład oraz efekty pracy Rady Ministrów. Dodam, że jeśli wziąć pod uwagę kontekst międzynarodowy, to są to efekty bardzo dobre. Polska przeżywa bowiem relatywnie najlepsze lata w ostatnim okresie, przy całym obciążeniu, z jakim mamy do czynienia z powodu kryzysu w Europie. Bardzo cenię sobie natomiast Grzegorza Schetynę, jeżeli chodzi o jego kompetencje; to świetny polityk i organizator. Dlatego z dużą radością zobaczyłbym go ponownie w rządzie. Byłby niewątpliwie wartością dodaną Rady Ministrów. W jakiej roli? – to już kwestia określenia zadań. On się nadaje na szefa wielu resortów.

A powinien wystartować na szefa partii?

Każda ambitna osoba ma prawo rozważać taką możliwość. Poza tym konkurencja jest zdrowa i motywująca.

A Pan po czyjej stronie by dziś stanął?

W Platformie nie ma stron, są ludzie o różnych poglądach, ale jednym celu. Łączą nas działania na rzecz budowania bezpieczeństwa Polaków w naszym kraju, także bezpieczeństwa ekonomicznego i wzmocnienia siły Polski w Europie. Ponadto, jak na razie tylko premier Donald Tusk zadeklarował start w wyborach na szefa partii. Dla mnie natomiast ważniejsze jest to, jak będziemy wybierali przewodniczącego partii. Podoba mi się propozycja wyborów bezpośrednich, ale pytanie – w jakiej formie. Jeden z wariantów, na zjazdach regionalnych, bardzo mi odpowiada. Wybory wirtualne bowiem, przez Internet, nie dają takiego bezpośredniego kontaktu człowieka z człowiekiem, wyborcy z kandydatem, nie dają takiego zaangażowania.

Czy Pana zdaniem silniejsza byłaby Platforma pod wodzą Donalda Tuska, czy silniejsza byłaby pod wodzą Grzegorza Schetyny?

Pani koniecznie chce ze mnie wydusić deklarację wyborczą, a my jeszcze nie jesteśmy nawet w fazie przedwyborczej (śmiech). Sądzę, że każdy z nich mógłby tak samo dobrze służyć Platformie…

Znowu dyplomatyczna odpowiedź. Inaczej: nie ma Pan poczucia, że Platforma powoli się kończy, wypala?

Przeciwnie. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że wszystko musi być na jakiś czas, na chwilę, że trzeba zmian. A jest odwrotnie. Po niemalże dwudziestu latach działania wahadła politycznego i braku stabilizacji potrzebujemy spokojnego, ewolucyjnego budowania fundamentów bezpiecznej przyszłości Polski. Robimy to.

Sami członkowie PO przyznają, że jest coraz bliżej końca…

Jestem działaczem Platformy od jej zarania. Bylem jedenaście lat temu jej współzałożycielem wraz z garstką wtedy ludzi i kilkoma posłami. Dzisiaj jest nas kilkadziesiąt tysięcy. Nie słyszałem do tej pory takiej opinii. To nie prawda. Byłaby ona zresztą bezpodstawna. Znamy przykłady krajów w Europie, w których niektóre partie, czy środowiska polityczne kierowały państwami przez dwadzieścia, trzydzieści lat. Nikomu nie przychodziły do głowy pomysły, że cztery, pięć, czy szczęść lat, to jakiś okres, po którym należy wszystko zmienić i wywracać do góry nogami. Powtórzę. Polska potrzebuje stabilizacji na scenie politycznej, zwłaszcza w obecnej dobie kryzysu, a nie wiecznych, niekończących się zmian, zamieszek, manifestacji, strajków i przewrotów rządowych. To nam nie pomoże w przezwyciężeniu zagrożeń, które powinny niepokoić nas wszystkich. Dzisiaj więc nawet opozycja powinna myśleć kategoriami racji stanu i interesu państwowego, a nie wyłącznie kierować się partyjnymi partykularyzmami. Potrzeba nam wszystkim więcej odpowiedzialności i mniej złości, więcej solidarności i mniej zawiści, więcej życzliwości i mniej zazdrości. Potrzebujemy mniej wewnętrznej walki. Spokój i pokój bowiem w trudnych czasach pomaga je przetrwać, a nie wojna domowa.

Marzena Sutryk

marzena.sutryk@gk24.pl

1 Komentarz do “Nie potrzebujemy wojny domowej”

  1. jan mówi:

    Ciekawy wywiad. Spokojna i trafna ocena sytuacji.

Brak możliwości dodania komentarza

Zaloguj się / Realizacja - Medianet (info@medianetinteractive.pl)